• Maciej Woźniak

Pohoda 2019

Pierwszy wyjazd na zagraniczny festiwal zaplanowałem wspólnie z synem na Pohodę (co oznacza po słowacku dobre samopoczucie) na 12-14 lipca 2019. Nasz plan obejmowałem szybkie dojechanie w czwartek, kiedy mamy przystawkę do 2 szalonych całodobowych dni/nocy festiwalowych. Na początek Lola March, na którą już nie zdążyliśmy, ale wg. wielu fanów jej twórczości to odkrycie na miarę nowej Florence and the Machine.

Przy wspaniałej pogodzie cudownie zagrali 1975, którzy kilka dni wcześniej występowali na festiwalu Opener w Gdyni. Po nich nad parkietem panował Skepta, który był na tyle elektryczny, że Mikołaj pognał w tłum i bawił się na całego. Po tym już tylko langosz, małe piwko na sen i nocleg w namiocie. Zbieraliśmy siły na kolejny dzień. Piątek.

Dobre rano wybrzmiało w małym deszczyku już ok 9 rano. To cudowne na tym festiwalu, on nigdy nie zasypia. Cały czas ktoś chodzi pod scenę, nawet jak nikt nie gra. Strefa gastronomiczna jest czynna cały czas, tak więc jak zgłodniejesz nie ma szans, abyś nie zaspokoił swoich potrzeb. Organizatorzy dbają tutaj o najdrobniejszy szczegół. Mi szczególnie zaimponowały pasty do zębów z magnesem podpięte koło umywalek.

Cały czas coś się dzieje i praktycznie są to zajęcia dla każdego. Ogromny namiot z aktywną rozrywką dla dzieci - jest, diabelski młyn - jest, strefa organizacji pozarządowych - jest. Już ok 9 zaczynają się pierwsze występy i wydarzenia. Raz jest to koncert starszych panów przypominających Kabaret Starszych Panów, innym razem jest to teatr czy też spotkanie z ważnym politykiem pod jednoznacznym tytułem dyskusji - "Czy gitary mogą uratować świat?". Nie dobija 13 a już są koncerty na scenie głównej. Takie rozłożenie atrakcji tylko na 2 dni umożliwia ciągłe działanie festiwalu. W stosunku do 4 dni w Gdyni, kiedy musisz do 16 czekać aż coś się wydarzy, a o 2 nad ranem masz ochotę na więcej i okazuje się, że nie ma propozycji dla Ciebie to bardzo miła odmiana. Ponadto bilet prawie zawsze kosztuje 100 euro, nie zapomnijcie o zakupie też miejsca na parkingu - im bliżej wejścia tym lepiej. Chodzenia po venue jest bardzo dużo, średnio robiliśmy ok 15 km między innymi dlatego, że auto stało bardzo daleko. Świetnym pomysłem było jednak wybranie family tent. To pole namiotowe ogrodzone, które już tuż przy wejściu, tuż przy toaletach. Zdecydowanie wpływało to na nasz komfort, ale też miało wadę, ponieważ nawet te koncerty o 5 rano, szczególnie odgrywane na scenie głównej i Orange mocno podrażniały nasze uszy.

Ale przecież nie przyjechaliśmy tu spać. Różnorodność jest ogromna i co chwilę czujesz wzruszenie. Czy to cygańska kapela czy to Marc De Marco wszystko do siebie pasuje. Wspaniałe są też takie smaczki i niespodzianki jak małe koncerty przy fortepianach, gdzie rejestruje się niesamowite jam-y i improwizację artystów nawet z dużej sceny. Do tego jeszcze piwo za kąpiel o konkretnej porze wyciąga ludzi z namiot i bieg o upragniony napój chmielny skąpany w słońcu.

Wracając do piątku, do występów to był po prostu nadmiar wrażeń. Po wspomnianym już Marc De Marco wystąpili headlinerzy i główny magnes imprezy - The Roots. Nie pamiętałem aż tak dobrze ich występu przed laty na Openerze, ale muzycznie to była petarda. Teraz też tak było, ale już chłopaki nie poruszali się tak energetycznie jak wtedy. Może dopadła ich ta telewizyjna depresja grania w The Daily Show, może tych kilogramów przybyło za dużo, ale pomimo świetnych aranżacji widać po The Roots, że nie koncertują tak jak kiedyś. Nie było w tym tej samej wprawy i energii co na 1975 czy Skepcie, którzy repertuarem nie są w stanie zbliżyć się do mistrzów hip-hopu z Filadelfii.

Wiedziałem jednak, że kolejne godziny to będzie miód na moje uszy, serce, zmysły. Lianne La Havas i Michael Kiwanuka zarządzili tego dnia. Najpierw ona - sama z gitarą ze wspaniałym wokalem, charyzmą i takim miłym podejściem do widowni. Wspaniale to grało

z wizją festiwalu. Duży spokój, pewność siebie i piękny, wspaniały głos niósł się w dolinie lotniska między górami. Nad naszymi głowami latały samoloty, a chmury zniżały się i wprowadzały wszystkich w dobry nastrój.

Król tego wieczoru, ale też najlepszy koncert na jakim byłem w roku 2019 mógł być tylko jeden. To trochę niesprawiedliwe, że większość fanów zwróciło uwagę na tego artystę głównie dzięki serialowi Little Big Lies - Małe Kłamstewka. Jego muzyka płynie prosto z duszy, to klasyczny soul, w którym mówimy o emocjach w sposób bezpośredni. Duża kapela, kapitalne chórki i te długie wersje piosenek, które trwały po 6,8,10 minut. Każda z zagranych piosenek to wspaniała dawka emocji w czystym, muzycznym wydaniu. Sądzę, że nikt kto poświęcił te prawie 1,5 h nie schodził z Orange Stage niezadowolony. W sumie po takim koncercie można było tylko iść spać. Ale na Kiwanukę warto wybrać się zawsze. Szczególnie w tym roku, kiedy wydał nowy album (dokładnie 1 listopada) - KIWANUKA. Utwory takie jak Rolling, Hero czy Piano Joint dojdą do imponującego repertuaru wykonawcy. Koncert, który zaplanowany jest na 3 lipca 2020 roku w trakcie Openera to absolutnie must bee dla twórczości tego artysty. Zapewne nie będzie to główna scena,

ale postarajcie się być na tym wydarzeniu. Bo to wam gwarantuje. To nie będzie tylko koncert. Ta muzyka zostanie z Wami na dłużej.





Mógłbym pisać o kolejnym dniu, kiedy masę czasu spędziłem poznając twórczość naszych południowych sąsiadów. Energia na każdym, nawet najmniejszym koncercie (był taki co trwał 7 minut) była niesamowita. Cieszyła każda chwila na Pohodzie. A jedzeniowym i pitnym rozkoszom nie było końca. Langosze na snopach siana, wspaniałe wina i cydra. Co najważniejsze też w wydaniu bez alkoholowym. Czy coś przeszkadzało? W sumie to tylko brak polskich wykonawców. Byli w niewielkim stopniu obecni - głównie w muzyce elektronicznej. A region był świetnie zaprezentowany - Rosjanie rozbili bank dzięki Little Big (wcześniej w ciągu dnia był kurs tańca do Skibidi) , ale też Ice3peak to sensacja festiwali. Będą niedługo w Polsce, koniecznie sprawdźcie i nie zrażajcie się, że śpiewają po rosyjsku.

Kultowe kapele jak Korben Dallas czy Slobodna Europa zgromadziły też dzikie tłumy. Muzyka jest tylko dobra albo zła. Ta pomimo, że śpiewana po czesku, słowacku porywała. Aż szkoda, że mamy tak niewielki styk kulturowy z krajami ościennymi. Na największych polskich festiwalach królują artyści zagraniczni z kultury anglosaskiej. Bardzo bezpieczne line-up nie wprowadzają kapel z Czech, Słowacji czy Węgier. Sądzę, że niesłusznie. Nasi


sąsiedzi odwiedzają coraz chętniej nasz kraj, który zdecydowanie poszedł do przodu.

Ale w tym jednym aspekcie nasi festiwalowi wyjadacze mogliby się uczyć od Słowaków. Luzu, stawianie na Twoje samopoczucie (ani jednej kontroli i przeszukowania przez dziesiątki wejść), klimat zupełnego luzu i radości z tego co się robi. Do tego kilka analogowych wynalazków w postaci wydawanej codzinnie gazetki (kiedyś Wyborcza i Opener też miał coś takiego). Jestem bardzo szczęśliwy, że mój pierwszy zagraniczny festiwal to Pohoda. Zostanie ze mną na zawsze.













5 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie